15Sie

Po drugiej stronie

Sierpień 15, 2018 Blog 0

Refleksje o egzaminach na stopnie nauczycielskie w jodze metodą BKS Iyengara

Niedawno po raz pierwszy miałam przyjemność (obowiązek?) egzaminowania kandydatów na nauczycieli jogi. Broniłam się przed tym wielokrotnie. Jednak, aby zdobywać kolejne stopnie nauczycielskie wg metody BKS Iyengara muszę wykazać się trzykrotnym egzaminowaniem.

Tak więc tym razem nie było już odwrotu. Denerwowałam się bardziej, niż gdybym to ja sama zdawała egzamin. Mimo jesiennego chłodu i deszczu było mi ciągle gorąco. Czułam dużą odpowiedzialność: mam przez dwie godziny obserwować dwunastu ludzi aspirujących do bycia nauczycielami jogi i na tej podstawie ocenić, czy są do tej roli gotowi.

A czy ja jestem na to gotowa? Chyba jednak tak. Chciałam się podzielić moimi spostrzeżeniami po egzaminie, ale najpierw wyjaśnię, jak wygląda system certyfikowania nauczycieli w metodzie, według której praktykuję.

B.K.S. Iyengar przywiązywał dużą wagę do precyzji i szczegółów. Dlatego stworzył system nadawania stopni nauczycielskich obowiązujący na całym świecie. Najpierw wyszkolił pierwszych nauczycieli, a potem przekazał im jak mają szkolić kolejnych, w swoich ojczystych krajach. Aby w ogóle aspirować do kursu nauczycielskiego, trzeba wykazać się minimum 6 letnim stażem w tej metodzie.

Sam kurs trwa trzy lata i po roku podchodzi się do pierwszego sprawdzianu, jakim jest ewaluacja opisana przeze mnie. Kandydaci prezentują określoną sekwencję asan (wykonując ją wspólnie, jednocześnie na sali), a następnie  – teraz już każda egzaminowana osoba oddzielnie – uczą niektórych pozycji z tej sekwencji. Po trzech latach, na koniec kursu nauczycielskiego, czeka ich kolejny egzamin, który oficjalnie potwierdza gotowość do bycia nauczycielem jogi według B.K.S. Iyengara (otrzymują stopień Introductory II). Potem można zdobywać kolejne stopnie nauczycielskie, ale o tym innym razem.

Oto moje wrażenia spisane na świeżo po egzaminie:

Ocena

Szybko zdałam sobie sprawę, że nie oceniam ludzi, lecz ich gotowość do uczenia innych. Mniej istotne stało się, jaki ktoś ma zakres w pozycji, ale to, czy nie robi sobie krzywdy, np. zaciskając plecy. Bo skoro nie dba o swoje zdrowie, to czy zadba o uczniów? Mniej ważny był kształt pozycji, ale kierunek pracy w niej. Przed nami lata technicznego doskonalenia asan, ale musimy wiedzieć, o czym są i do czego zmierzają. Ważna była też energia pozycji – czy odżywia ucznia.

Czas

Nie do dzisiaj wiadomo, że odczuwanie czasu jest subiektywne. Pamiętam, że wytrwanie w pozycji Virabhadrasana III po minucie na każdą stronę wydawało się wiecznością, a dzisiaj minuta, aby przyjrzeć się i ocenić 12 osób trwała kilka sekund. Egzamin wymaga nieustannego skupienia, w dodatku rozszczepionego na 12 osób. Dlatego jest tak wyczerpujący fizycznie i psychicznie.

Znajomi

Wśród kandydatów było kilkoro osób, które znałam. Czy mam oceniać ich dzisiejszy „występ” na macie czy też brać pod uwagę postęp jaki zrobili, od kiedy ich znam. Czy z powodu znajomości oceniać łagodniej, czy – wprost przeciwnie – podwyższać poprzeczkę? A może w ogóle powstrzymać się od oceny?

Komendy

Pamiętam, jak przygotowywałam się do swojego pierwszego egzaminu i wśród kandydatów krążył bryk z komendami do każdej asany. Wkuwaliśmy je, aby potem mniej lub bardziej płynnie wyrecytować podczas egzaminu. Jakże nużące musiało to być dla komisji. Teraz widzę wyraźnie, że za instrukcjami musi podążać działanie. A potem to działanie trzeba wyegzekwować od uczniów. Każdy ma zestaw swoich dyżurnych komend, który zawsze można zaserwować. A jak już nie wiemy, co powiedzieć, to zawsze pada komenda: „wyprostuj się…”.

Pomoce

„Ashtangowcy” śmieją się z nas „iyengarowców”, że na zajęcia ruszamy objuczeni pomocami. Otaczamy się klockami, paskami, kocami i innymi narzędziami. Ale czy umiemy z nich korzystać? Guruji mówił, że najważniejszą pomocą jest nasze ciało. Oczywiście, są przypadki, kiedy skorzystanie z np. klocków wzmocni akcję w pozycji. Ale zauważyłam, że często sięgamy po pomoce, aby było nam łatwiej i przyjemniej.

Rola nauczyciela

Przez wiele lat różni nauczyciele „inwestowali” we mnie czas i uważność. Wcześniej dostali ten sam dar od innych nauczycieli lub od samego Guruji’ego. A ten powtarzał, że otrzymanej wiedzy nie możemy zachowywać dla siebie, że naszym nauczycielskim obowiązkiem jest obdarowywać dalej. I to jest najlepsza spłata długu jaki mamy u swoich nauczycieli – przekazywać dalej.

Podsumowując, podoba mi się rozróżnienie w języku angielskim „assessment” i „exam”. To pierwsze oddaje pełniej to, czym ma być egzamin na nauczyciela. Ewaluacją dotychczasowej pracy, informacją zwrotną o nabytych umiejętnościach, wskazówką, w którą stronę powinna podążać nasza praktyka. Choć egzamin jest sztuczną sytuacją, która często nie oddaje umiejętności kandydata, daje nam też coś cennego: spojrzenie zewnętrznego obserwatora. Za mną już cztery egzaminy. I na każdym dowiedziałam się czegoś o mojej praktyce i nauczaniu. O tym, co mogę ulepszyć, a czego unikać. W czym jestem dobra, a nad czym powinnam popracować. Za tę naukę jestem wdzięczna moim egzaminatorom. Mam nadzieję, że dzisiejsi zdający myślą podobnie.

Źródło: Boso na Macie